Wycieczka do Florencji, czyli krótka historia miłości od drugiego wejrzenia

Wycieczka do Florencji, czyli krótka historia miłości od drugiego wejrzenia

Każdy chyba marzy o tym, żeby pojechać w podróż swojego życia. Bujna wyobraźnia  przenosi na ulice Nowego Jorku, bądź do wnętrza piramid w poszukiwaniu tajemniczej komnaty, może prowadzi do dalekiego Tybetu na medytację z buddyjskimi mnichami. Każdy film, każde zdjęcie znalezione przypadkiem w gazecie przyprawia o bicie serca i nie wiadomo skąd wargi napinają się w lekkim uśmiechu. Osoby śmiało stąpające po ziemi realizują swoje podróże życiowe lub już się do nich przygotowują. Natomiast marzyciele, jak z definicji wynika, marzą i żyją chwilą kiedy staną na upragnionej ziemi. Mijają godziny, dni, lata a oni niezmiennie czekają.

Dla mnie, niepoprawnej marzycielki wszystkie drogi prowadziły do… Florencji. Los chciał, że wbrew przewidywaniom, marzenie mojego życia ujrzało światło dzienne, chociaż czy wszystko właśnie tak zostało wymarzone?

Florencja to stolica regionu Toskania znana z pięknych krajobrazów, wina Chianti i dużej koncentracji ludzi kultury z różnych epok. Nic więc dziwnego, że słynna jest na całym świecie, stanowi miejsce akcji wielu filmów i książek. Taki mały raj na ziemi – coś dla ciała i dla ducha. Bardzo wiele osób z innych kontynentów, które zdecydowały się na kosztowną podróż do Europy, wybrało właśnie Florencję jako punkt docelowy. Do dzisiaj pamiętam moje pierwsze spotkanie z wymarzoną Florencją. Było to jakiś czas temu, zabrał mnie tam mój mąż, Włoch z dziada pradziada, Piemontese. Problem w tym, że żadne z nas nie miało doświadczenia w organizowaniu podróży.  Dla mnie, oprócz wypadów w Bieszczady i kursowanie na linii Warszawa – Turyn, z przesiadką na lotnisku Malpensa, podróże były raczej obce. Mój małżonek, oprócz wojaży zagranicznych, nigdy przedtem nie opuszczał granic Piemontu. Dziwne, ale możliwe. Czując się jednak jako “gospodarz miejsca”, chciał zapoznać mnie z pięknem swojego i mojego nowego kraju. Ja natomiast zafascynowana postacią Michelangelo Buonarotti pragnęłam poznać miejsca, które należały do tego genialnego artysty, przejść się ulicami, którymi chodził i zobaczyć katedrę, gdzie słuchał katastroficznych kazań Savonaroli. Przeczytałam jego biografię i często jeszcze do niej wracałam myślami.  Takie tam patetyczne uniesienia, które z dnia na dzień rosły i osiągnęły punkt kulminacyjny w dniu wjazdu do Florencji.

 

Moje pierwsze spotkanie z Florencją okazało się jednak fatalne! Od nieziemskiego uwielbienia i egzaltacji przekształciło się w szybki odwrót z chęć zatarcia za sobą wszystkich śladów! Nieśmiało można to było porównać do nastoletniej miłości, w której wystarczy jeden niewłaściwy ruch i sypie się wszystko – coś w stylu wszystko albo nic. Niewiedza? Dzika namiętność? Brak organizacji? Naiwność? Najprawdopodobniej wszystko razem.

Wszystko zaczęło się od szukania parkingu, bo przyjechaliśmy samochodem. Jednak jak to w mieście turystycznym bywa z parkingami krucho… a co mówić o mieście z epoki renesansu, gdzie domy stawiano blisko siebie, a ulice w konsekwencji były wąskie. Kręcąc się bezskutecznie po mieście, w końcu znaleźliśmy jakieś podejrzane miejsce, podobno dla turystów, w jakimś garażu płacąc za niego słoną cenę.

Nie tylko ulice były wąskie, ale także chodniki i nie zawsze mieściły całe grupy turystów w nieustającym ruchu. Przychodziły na myśl “wędrówki ludów” z racji, że widać było już na pierwszy rzut oka, i słychać w rozmowach,  że każda grupa pochodziła z innego kraju. Czasami schodziło się na ulicę by ustąpić przejścia długiej wycieczce z przewodnikiem, rozpoznawalnym przez wzniesioną do góry kolorową parasolkę. Ulicą natomiast jeździły taksówki bardzo agresywnie i dość szybko, zbyt szybko jak na miejsce pełne ludzi. W dodatku turyści, jak to turyści w zachowaniu nieco rozkojarzeni, zamyśleni, zapatrzeni, wolni. Podobnie było i ze mną do tego stopnia, że zajęta oglądaniem jakiegoś budynku w miejscu przejazdu samochodów, o mało nie zostałam przez niego potrącona – w ostatnim momencie zostałam odciągnięta przez męża na chodnik, unikając wypadku. Takie nagłe przeżycia przywołują człowieka do porządku, pozwalają zachować zimną krew. Głowa wcześniej w chmurach, zaczynała reagować na wszystkie bodźce zewnętrzne, nie tylko uniesienia artystyczne.

Będąc na Starym Mieście we Florencji widziało się całe morze ludzi, przez które starało się przedzierać to tu to tam. Od czasu do czasu napotykało się jakieś długie kolejki bez końca i bez początku, jedne prowadziły w prawo, inne w lewo. Dla osoby bez doświadczenia w tym mieście przychodziło ciężko zrozumieć jaki jest “mechanizm” zwiedzania, zakupu biletów, poruszania się. Tu ktoś szturchnął, tu podeptał, tu wyprzedził, tu trzeba było się zatrzymać bo ktoś robił zdjęcie… Totalny chaos.

Po długim przeciskaniu się między jedną wycieczką a drugą, szukając jakiegoś miejsca, żeby można odpocząć  usiedliśmy w ogródku przy barze. Chwila wytchnienia przy kawiarnianym stoliku, letni wietrzyk na twarzy, cappuccino przed nami… rachunek do płacenia – 12 euro! Przecież zamówiliśmy tylko dwie kawy ze spienionym mlekiem, gdzie cena jednej to na ogół 1,20 / 1,50 euro , no może doliczyć należało 1 – 2 euro za obsługę, ale skąd to 12euro?!

Tego już było za dużo! Miłość do Michelangelo miłością ale tak dalej być nie mogło. Zbieramy się stąd! No i tak się skończyła to moja florencka przygoda, pozostało rozdarte serce, niezrozumienie i wielkie rozczarowanie.

Drugie podejście było bardziej przemyślane i zaplanowane. Nie wiedziałam czego oczekiwać. Całe szczęście Florencja nie czuła się obrażona, w swoim charakterystycznym “włoskim stylu” przyjmowała wszystkich turystów. Było wszystko jak wcześniej: taksówki, kolejki, chaos, ale kiedy oczom ukazała się ta wspaniała katedra, Duomo Santa Maria del Fiore miłość odżyła! By nie powtórzyć wcześniejszych błędów znalazłam sobie tylko miejsce, w miarę spokojne i bezpieczne,  gdzie spokojnie mogłam podziwiać piękno tego budynku.

 

Plan pobytu został zapięty na ostatni guzik!  Dojazd: podróż pociągiem na Stację Centralną Santa Maria Novella. Nocleg: 15 min piechotą od dworca na Starym Mieście. Zwiedzanie: zaplanowana wizyta w Galerii Uffizi, zakupiony bilet przez internet; rozpoznanie głównych miejsc o znaczeniu historycznym i ewentualny plan B zwiedzania w przypadku złej pogody. Bezpieczeństwo: totalna kontrola wzrokowa każdego nadjeżdżającego pojazdu, głowa tylko do połowy zanurzona w chmurach. Posiłki: rozpoznanie wśród znajomych w temacie „gdzie dobrze dają jeść” bądź miejsca polecane przez wszystkich i wcześniejsza kontrola cen.

Nadmienić należy, że niestety, ale problem wysokich cen w lokalach uczęszczanych przez turystów w wielu włoskich miastach był sygnalizowany władzom i mediom już niejednokrotnie. Co jakiś czas ukazywały się w prasie artykuły o dość nieprzyjemnych przygodach turystów często z Japonii, zwłaszcza w Wenecji. To głównie dzięki oddźwiękowi medialnemu miejsca często odwiedzane przez turystów, zaczęły być często kontrolowane przez osoby do tego powołane. We Florencji byłam świadkiem jak barmani w jednym lokalu rozmawiali między sobą na temat wcześniejszej kontroli, wystawiając nam rachunek za dwie filiżanki cappuccino – 3 euro, jak w innych miejscach. Wiedzieć należy, że we Włoszech jest przepis by zabierać ze sobą rachunek zakupu. Karze może podlegać osoba, która takiego rachunku nie zabrała lub nie wystawiła.

Wracając jednak do miłości i wielkich oczekiwań, chyba neleżałoby wyciągnąć wnioski. Pięknie jest żyć w miłosnym uniesieniu, ale jednak należy mieć kontakt z rzeczywistością, zwłaszcza w podróży. W dodatku czasami lepiej realizować marzenia, żeby wiedzieć czy marzenie jest właśnie marzeniem, czy tylko iluzją.